08 maja 2009

"Southland", "The Harper's Island" - recenzja

Trupy i rekruci głosu nie mają.

Dzieje się dzieje! W tym roku amerykański śródsezon jest bardzo bogaty w nowe produkcje telewizyjne - niestety większość nie pierwszej świezości. Dziś pod gilotynę naszych pilotów pójdą dwa seriale, które rywalizują ze sobą w Stanach w tym samym czasie antenowym.

"Southland" nazywany jest policyjnym "Ostrym Dyżurem". Nic dziwnego - łączy go z medycznym maratończykiem nie tylko pora emisji, ale również ekipa twórców, którzy pracują przy nowej produkcji. W pierwszym odcinku mamy nawet nowego Cartera - Ben (Benjamin McKenzie - "The O.C. - Życie na Fali") jest nowym nabytkiem komisariatu, a koledzy żartują z jego WASpowatości. Co natomiast wyróżnia serię od innych? Jest brzydko! W CSI jest krwawo ale sterylnie, piękne twarze w "Bones - Kości" czynią wiele ujęć podobnymi do okładki „People” . "Southland" to, co już sugeruje nam czołówka jak z plakatów westernowych, to dziki zachód a może nawet i południe. Jest brudno, bohaterowie są zmęczeni i mają mnóstwo problemów osobistych, z których wydobycie się zajmie im na pewno więcej niż 5 sezonów.

"The Harper's Island" też jest niesmaczna, ale w ramach zupełnie innej płaszczyzny. Jest dużo krwi i latającego mięsa – nie mówię tu o wulgaryzmach. Znacie słynną powieść Aghaty Christie „Dziesięcioro murzyniątek”
- w Stanach Zjednoczonych tytuł zmieniono na bardziej politycznie poprawny. Garstka ludzi ląduje na odciętej od świata wyspie, i ktoś morduje ich jednego po drugim. W najnowszym serialu CBS zasada jest podobna. Grupa weselników przybija statkiem do przystani, by spędzić najbardziej uroczy tydzień w ich życiu świętując związek małżeński Henrego (Christopher Gorham „Ugly Betty”) i Trish (Katie Cassidy), niestety mroczna przeszłość dopadnie każdego z nich, jednego po drugim. Brzmi jak druga strona ulotki horroru klasy B wyświetlanego w Multikinie? Macie rację. Choć produkcji nie można odmówić chwil napięcia (zwłaszcza rewelacyjna pierwsza scena z kuzynem Benem, czy podpalenia w drugim odcinku) to serial jest przewidywalny i w wielu momentach zamiast straszyć śmieszy. Wystarczy podać przykład sekwencji tytułowej, gdzie dziewczynka zachrypniętym głosem mówi „jeden po drugim”, czy znacie bardziej oklepany schemat?

Jedna z nielicznych przewag „The Harper’s Island” nad „Southland” objawia się w przedstawianych postaciach. Bohaterów uwięzionych na wyspie da się lubić. Czy to niezdarnego Anglika,albo zaskakująco dzielną przyjaciółkę pana młodego – Abby, czy nawet nawróconą Paris Hilton. Scenarzyści chcieli umieścić na wyspie wiele typów osobowości i charakteru, jednak każdą postać starali się obdarzyć więcej niż jednym wymiarem i za to należy się znaczny plus. Co innego pracownicy komisariatu w „Southland” – poza Benem i czarnoskórą panią detektyw, którą przeciętny widz lubi, bo się troszczy o ludzi, z którymi się styka, odnosi się wrażenie, iż pozostali policjanci to banda dziwaków. Z trudem mogę powiedzieć, bym chociaż trochę interesował się losami osobistymi detektywa, którego żona jest niezrównoważona psychicznie. I tu jest wielka porażka scenarzystów, gdyż nie spełnili założenia, którym reklamowany jest serial, że to bardziej dramat postaci, niż cotygodniowe zagadki kryminalne.

W gruncie rzeczy, lepszą rozrywkę, jak i szansę na ewolucję fabularno-jakościową dają policjanci z Los Angeles. Osobiście, jednak nie skreślałbym „The Harper’s Island” z ramówki, gdyż kto wie, czy w dzisiejszej dobie przemian telewizyjnych, nie zaczną dominować mini seriale, z ograniczoną odgórnie fabułą i liczbą odcinków – a ich prekursorem właśnie jest telewizyjna Aghata Christie.

***

„The Haprer’s Island” CBS

ocena: C

„Southland” NBC

ocena: B=

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

13 marca 2009

"United States of Tara" - recenzja

Stany Zjednoczone Paranoi

M
am duży problem z Tarą. Oczywiście nie tak wielki jak jej rodzina, ale niestety tak jak swemu mężowi Maxowi (John Corbett), nastoletniej córce Kate i uroczemu synowi Marshallowi tak również i mnie stany Tary życia nie ułatwiają.

W dobie, kiedy telewizja opowiedziała już każdy aspekt naszego życia, w niektórych wypadkach po sto razy, bardzo trudno jest znaleźć jakąś oryginalną fabułę. Na co więc wpadła tym razem Diablo Cody („June”)? Stwórzmy serial o osobie która cierpi na rozszczepienie osobowości – Tarze. Ale aby skomplikować życie, niech Tara ma normalną rodzinę. Jak to możliwe? Tara brała leki, ale stwierdziła, że chce spróbować być sobą i je odstawić. Prawdziwie nieoceniona amerykańska rodzina 2+2 zgodziła się na ten ryzykowny pomysł.

C
o się w tej produkcji udaje? Perełką jest znana z „Little Miss Sunshine” Toni Colette. Uwielbiam czekać na kolejne odsłony w które się wciela. Kunsztem aktorki jest to, że ani weteran wojny w Wietnamie Buck, ani nastolatka T, ani moje ulubione wcielenie – współczesna Donna Reed – Alice, nie przekraczają granicy śmieszności. Ciekawy jest również sposób potraktowania orientacji seksualnej Marshalla. Nie jest on tak nachalny jak Justin z „Ugly Betty – Brzudyla Betty”. Marshall gejem po prostu jest i już – nic tu po nas.

O
gólnie oglądając Tarę miałem wrażenie, iż są to „Nowe Przygody Starej Christine” na wariackich papierach. Komplement to niezmierny, gdyż jest to jeden z najlepszych seriali komediowych ostatnich lat. Ale dość słodzenia.

P
roblem jednak w tym, iż „Tara” nie jest lekką komedyjką dla każdego. Brak jej zdecydowania – niby świat rzeczywisty, z drugiej mało realny. Oglądając ma się nieprzyjemne wrażenie, że to fikcja ubrana w skórę normalności. Niewygodę tę rozmyło by oczko puszczone przez Tarę, że nie traktuje siebie do końca serio. Niestety Tara jest poważna, aż do końca.


***
"United States of Tara" Showtime
ocena: C+

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

16 listopada 2008

"Ranking Gwiazd" - recenzja

"Będę brał Cię w aucie"

Nie lubię słowa celebryci. Mam wrażenie, że nie ma w języku polskim żadnego rodowodu i jest wrzucone tu na siłę. Jakkolwiek, mam wrażenie, że program, będący przedmiotem dzisiejszej recenzji (ojej, ale dziś podniośle) powinien nazywać się "Rankingiem Zadufania Celebrytów".
 
Jedyną osobą, którą swego czas można było nazywać gwiazdą i to nawet bez ironii w głosie, jest Pani Górniak, która akurat udziela w programie się najmniej. Pozostałe "gwiazdy".... a może jednak po kolei.
 
Ideą programu jest taka, że Borys Szyc, złote dziecko polskiego ekranu XXI wieku, zadaje pytanie, a siedzące w studiu gwiazdy szeregują się wzajemnie od tej która np. "najpóźniej wychodzi z imprezy" do tej, która najwcześniej. Później osobiste rankingi pań porównywane są z odpowiedziami respondentów. Jeżeli ranking którejś z gwiazd powtórzył się z odpowiedziami ankietowanych pani dostaje punkt. Ta, która zdobędzie w danym odcinku najwięcej punktów, dostaje super hiper nagrodę.
 
Czemu super hiper? Gdyż wszystko w tym programie takie musi być. Prowadzący? Super hiper, że aż mdło. Gwiazdy wystylizowane tak, że nie rozróżniam Weroniki Rosati od Weroniki Książkiewicz (w czym ona grała poza polsatowską klapą z zeszłego roku?). A studio przypomina wystrojem tanie kasyno w Las Vegas. Ogólnie cała oprawa programu przypomina ten teledysk kultowy w pewnych kręgach, w którym Piotr Fronczewski śpiewa "będę brał cie (sic!) w aucie".

A zaproszeni goście? No cóż ile razy głupota celebrytek może być śmieszna zanim zmieni się w żenadę?

Mam wrażenie, że ten zupełnie nie rozrywkowy i nie zajmujący program powstał jako małoekranowa konkurencja dla pudelka. Takim eksperymentom powinna się sprzeciwić watykańska Kongregacja.

***
"Ranking Gwiazd" Polsat, sobota - niedziela 19:30
ocena: D

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

24 września 2008

"90210", "Privileged" - recenzja


Znacie "Gossip Girl - Plotkarę" czy "One Tree Hill - Pogodę na Miłość"? To te seriale gdzie dwudziestolatkowie odgrywają pasjonujące życie nie-tak-bardzo typowych amerykańskich nastolatków w Polsce emitowała TVN Siedem. W USA również nadaje jeden kanał - The CW. Aby "urozmaicić" soją ramówkę stacja ta dodała do swojego programu kolejne dwa seriale o podobnej tematyce - "90210" i "Privileged". Zgubne powielanie formatów? Przewaga podaży nad popytem? Czy może coś więcej? Zastanówmy się.

Pierwszy swoją premierę miał "90210", w zamyśle autorów kontynuacja rewolucyjnego i popularnego  na początku lat 90tych "Beverly Hills 90210". Wraz z "Knight Riderem" oraz "Cupid" wpasowuje się to w trend remake'owy ostatnich sezonów. Popkultura serialowa trawi sama siebie, a jak wiemy takie mieszanki często można zepsuć dając chociaż szczyptę za dużo.

Niestety, widać chyba zmęczenie scenarzystów z Hollywood, gdyż kolejny debiutant "Privileged" też nie jest oryginalnym pomysłem. Historia o ubogiej absolwentce prestiżowej uczelni, która zostaje guwernantką (uwaga zapomniane słowo) dwóch rozpustnie bogatych nastolatek została zaczerpnięta z serii książek. Tutaj widać niestety nie ostatnie podobieństwo między seriami - "90210" też krąży wokół losów outsiderów wśród elity. Tym razem jest to rodzeństwo z Kansas, które po przeprowadzce próbuje odnaleźć się wśród zblazowanych nastolatków z West Beverly High.

Twórcy "90210" chyba wiedzieli, że nie przyciągną widzów jakością. Zwłaszcza, że jak ognia unikali rozsyłania taśm krytykom przed premierą - co w USA jest standardem. Postawili na markę i gościnne występy Jennie Grath i Shannon Doherty, które karierę zaczynały w oryginalnej wersji. Z płaskich i nijakich kreacji wyróżnia się Annie Mills (Shenae Grimes) - nie to, żeby była to jakaś odkrywcza postać - widzieliśmy ich wiele w każdym serialu dla młodzieży. Po prostu Shenae jest urocza, a jej styl gry przypomina nieco Lauren Graham ("Gilmore Girls - Kochane Kłopoty") czy Amandę Byrnes ("What I Like About You - Siostrzyczki"). Dla mnie, aktorskie odkrycie roku - chociaż może tylko w tej jednej roli.

Historia opowiadana jest raczej tabloidowa. W kilka godzin mamy seks oralny, wycieczkę odrzutowcem, narkotyki i rozwydrzoną pannicę uciekającą do schroniska dla samotnych kobiet z powodu matki pijaczki. Jedna wielka plama, w których jednej nastolatki nie odróżnisz od drugiej. Dla mnie już nic więcej nie zostało do opowiedzenia.

"Privileged", której scenarzystką jest Rina Mimoun ("Everwood"), poszło w innym kierunku. Nadal pozostając serialem dla młodej widowni stara się opowiedzieć jakąś historię, a nie być zbiorem klipów z MTV. Oczywiście nadal jest tam wiele melodramatów, ale postacie mają więcej barw niż tylko czerń i biel. Moją osobistą faworytką jest Rose, która próbuje międzi starszą siostrą, babką i tłumem kawalerów, odnaleźć siebie. To, a nie zdrady i koka, jest tym czym żyją nastolatki. Z tego co ja pamiętam oczywiście.

Oczywiście "Privileged", który aspiruje do miana serialu dla całej rodziny miejscami bywa zbyt cukierkowy i tak jak jego bohaterki, próbuje dopiero odszukać swój niepowtarzalny głos, nie jest pozbawiony wad, ale ma szansę pokazać coś nowego, ciekawego. "90210" niestety dla mnie jest tylko wysokobudżetowym teledyskiem bez większej przyszłości.


***
"90210" The CW (USA), wtorek
ocena: C-

"Privileged" The CW (USA), wtorek
ocena: C+

oficjalna strona

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

20 września 2008

"Fort Boyard" - recenzja

Dla recenzenta jesień jest ciężkim okresem. Mnogość programów drastycznie odbiera czas wolny, a na dodatek trzeba się wzbijać na wyżyny intelektualne, by artykuły nie przypominały zeszytu lektur z podstawówki (też mieliście takie?).

Najnowszy 'hit' reality publicznej Dwójki, to format znany na rynku od blisko dwóch dekad. W Polsce również transmitowany w czasach retransmisji "Yatamana" i "Santa Barbara" - toteż wielu czekało, czy tak wiekowa produkcja przetrwa próbę czasu i zaoferuje widzom coś strawnego.

Kiedyś format był zajmujący, teraz raczej skomplikowany i niejasny. A przecież współczesny widz musi mieć przejrzyste reguły gry, inaczej się mota i zmienia kanał. W każdym razie jeśli jest widzem nie niszowym.

Drużyna kilku zawodników, wyłoniona w castingach, ma za zadanie rozwiązywać zagadki sprawnościowo-logiczne, by dostać się do skarbca tytułowego "Fortu Boyard". Co tydzień śmiałkom przewodzi inny absolwent "Tańca z Gwiazdami", czy "Jak Oni Śpiewają", by nadać ruinom fortu nieco sztucznego blichtru.

Skoro jesteśmy przy zadaniach - widać, iż producenci (to zasługa francuskiej ekipy) dbają, by wyzwania były urozmaicone i prawie połowa z nich w porównaniu do sezonów retransmitowanych w Polsce - jest nowa. Niestety w programie brak tego, co miało być sztandarowym magnesem - emocji. Oglądając jak ktoś przesuwa manekin krawiecki, by dostać klucz, miałem ochotę sprawdzić co się dzieje na TVN 24. Obudziłem się dopiero, kiedy Weronika Książkiewicz manewrowała krzesłem co by nie spaść w pszcze tygrysów. Jedyny interesujący moment w ciągu 45 minut programu. Reszta to sztuczna reżyserka.

Mówiąc o sztuczności - Szymon Majewski będzie miał kolejną osobowość do parodiowania podczas cotygodnowich żenujących żartów prowadzącego. Robert Gonera tak bardzo stara się być uszczypliwym cynikiem z nutką dowcipu, iż jest kuriozalny w swojej nienaturalności. Gorzej niż Kasia Cichopek w pierwszej serii "Jak Oni Śpiewają". Szansę na wyrobienie się w następnych odcinkach ma Katarzyna Glinka, głównie dzięki swojemu urokowi, który czasem przebija się przed scenariusz.

Najtrafniejszym wyborem jest Janusz Weiss, którego bardzo brakuje mi w polskiej telewizji do czasu "Miliarda w Rozumie". Szalony mędrzec, który sprawdza sprawność umysłu zawodników zadając zbyt infantylne zagadki mógłby być dla pana Janusza idealną rolą. Szkoda, że jemu też scenarzyści piszą teksty.

Podsumowując, w dobie MTV, Superstacji, zatrudnianie gwiazdeczek z pudelka to zdecydowanie za mało by ożywić staroświecki format. TVP 2 nie odrobiła pracy domowej i nie do końca zdaje się wiedzieć, co obecnie przyciąga widzów reality show przed telewizory. Szkoda, że skoro nasze abonamentowe pieniądze i tak zostały wydane w błoto, nie był to nasz rodzimy pomysł.


***
"Fort Boyard" TVP2, sobota 20:05
ocena: D+

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

04 września 2008

"Na Kocią Łapę" - recenzja

Nowy sezon oznacza tylko jedno - porcję naszych fikuśnych recenzji. Fikuśny to polski fancy!

Pamiętam jak przez mgłę francuski, a przynajmniej francusko-języczny serial o dwójce młodych weterynarzy. Miałem wtedy kilka lat i na pewno chodziłem jeszcze do przedszkola. Niestety tytuł tej produkcji komediowej wyleciał mi z głowy, i jeżeli ktoś go zna bardzo chętnie prosiłbym o odświeżenie. W nagrodę stawiam bilet do kina Muranów. Odpowiedzi proszę przesyłać pod polishtvsucks@gmail.com.

Ten wstęp (i konkurs) zawdzięczacie nowej produkcji Polsatu. Telenoweli o wdzięcznym i swojsko brzmiącym tytule "Na Kocią Łapę". Nie tylko tytuł smakuje znajomo. Magdalena Wójcik, Waldemar Błaszczyk, Ewa Wencel a nawet Cezary Morawski, który najwyraźniej już przeprosił się z wieczornymi telenowelami, to tylko nieliczni ze znanych serialowych wyjadaczy grających w serialu. Jest nawet Elżbieta Zającówna - jednak nic nie przyćmi jej roli w "Matkach Żonach i Kochankach". Gdzie te czasy, gdy Ela wygrywała sprinty z terenówką prowadzoną przez Gabrielę Kownacką.

Wróćmy do samego serialu. Za każdym razem oglądając nową telenowelę powtarzam sobie, by nie oczekiwać zbyt wiele od tego typu produkcji. Zasób historii do opowiedzenia już dawno się wyczerpał. Nawet tak przygotowany, nie wiedziałem, że najgorsze dopiero przede mną.

Akcja serialu rozgrywa się głównie w Anatolinie, willowej dzielnicy Warszawy, który do znudzenia przypomina okolice Leśnej Góry, tutaj jednak mamy lekarzy weterynarii, co oczywiście robi ogromnę różnicę. W okazałej posiadłości, która wygląda na kalkę przychodzni, gdzie pracuje Maria Zduńska, mieści się rodzinny biznes - lecznica dla zwierząt. Prowadzi ją Andrzej (Waldemar Błaszczyk) pod czujnym okiem ojca Edwarda (Cezary Morawski) i apodyktycznej nieco zbyt zmanierowanej matki (Dorota Kamińska). Pewnego dnia na drodze Andrzeja staje jego dawna miłość grana przez Magdalenę Wójcik. Problem polega na tym, iż starzy kochankowie od dwana żyją w zalegalizowanych związkach.

I tu pojawia się najbardziej kuriozalny aspekt tego tasiemca. Jak to możliwe, że na przestrzeni 100 metrów kwadratowych lasu spotykamy aż czworo lekarzy wterynarii. To chyba najliczniejsza korporacja zawodowa w Polsce!

Od czołówki z infantylną piosenką, przez grę aktorską i schematyczność scenariusza, wszystko mnie drażni. Żal mi Ewy Wencel, która usilnie stara się być zabawna wymawiąc francuskie "r" i powtarzając co drugie słowo "mon" myśląc, iż to doda wiarygodności granej przez nią postaci ambasadorowej. Jeszcze śmieszniejsza jest kreacja Andrzeja. Przez pierwsze 10 minut pantoflarz, który boi się, iż mamusia przyłapie go na całowaniu się z własną żoną, a potem niepokonany maczo, który, chce być samcem alfa w obecności adoratorów stojących w kolejce do jego ukochanej.

Bardzo usilnie staram się znaleźć jakieś plusy. Nic... a nie, jest! Telenowela wyłamała się z trendu, by w tytule królowało słowo "miłość". Brawo.

Podsumowując - never ever. Aż tęsknię za "Dwiema Stronami Medalu". W porównaniu z tym gniotem, to był nowatorski i profesjonalnie zrobiony serial.

***
"Na Kocią Łapę" Polsat, czwartek-piątek 19:30
ocena: F!

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

09 lutego 2008

"Pushing Daisies" - recenzja


W tym sezonie amerykańskie kanały telewizyjne z uporem maniaka lansują programy z bohaterem nieudacznikiem w roli głównej. Na kanale ABC mamy więc serial "Chuck", o mężczyźnie, który w przypadkowy sposób przyswaja sobie całą bazę danych CIA. Młodzieżowa stacja The CW proponuje natomiast losy chłopaka, który po tym jak jego rodzice sprzedali duszę diabłu, musi być łapać zbiegłe z piekła dusze za pomocą odkurzacza.

Spośród seriali utrzymanych w podobnej konwencji pozytywnie klimatem wyróżnia się inna produkcja ze stajni ABC - komiksowy serial "Pushing Daisies" . Koniec z polityczną poprawnością. Ten serial wcale się nie wyróżnia, on bije inne na głowę! Losy bohatera poznajemy dzięki znanemu z baśni dla dzieci wszechwiedzącemu narratorowi. Ned, bo tak na imię ma nasz nieszczęśnik, ma dar przywracania zmarłych do życia swoim dotykiem. Jak każdy dar, także i ten ma swoje obwarowania. Jeśli Ned ponownie dotknie wskrzeszonego, ten umrze już na zawsze. Podobnie jeśli ożywiony będzie żyć dłużej niż minutę, ktoś lub coś innego straci życie. Ned wiedzie spokojne życie, piekąc ciasta i od czasu do czasu pomagając prywatnemu detektywowi. Dzięki niemu trafia na miłość ze swojego dzieciństwa - uduszoną dziewczynę imieniem Chuck. Przywraca ją do życia i od tej pory, nie może już jej dotknąć.

Tyle jeśli chodzi o niecodzienną fabułę, którą uzupełniają dziwaczne postaci. Błyskotliwy humor i szybkie dialogi przypominają najlepsze lata "Gilmore Girls". Serial ten, jest dla mnie zupełnie i niemiłosiernie odświeżający - z takim uczuciem już dawno nie miałem do czynienia oglądając amerykańską telewizję.

Retro atmosfera w tej produkcji nas otacza  i przenika. Wszystko  od ścieżki dźwiękowej rodem ze starych gier pod DOS, klasycznych samochodów i numerów Broadway'owych ma sprawić, iż widz zatopi się w świecie jednookich ciotek, szydełkujących detektywów i samochodów o napędzie dmuchawcowym. I kiedy, wydaje nam się, iż nic bardziej kuriozalnego scenarzyści nie mogli wymyślić, pojawia się dziewczyna z drewnianą nogą mieszkająca w wiatraku i sprawa, że całość wydaje się jak najbardziej normalna, krucha i delikatna. To jest czar stokrotek.

I chociaż czasem pointy wydają sie zbyt nachalne, to przecież taka telewizja również jest potrzebna. A zapomniałbym, jeżeli tak jak ja jesteście fanami Chi McBride'a i minek Christine, możecie swobodnie postawić "A".

***
"Pushing Daisies" ABC
Ocena: B

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

15 stycznia 2008

"Brothers&Sisters - Bracia i Siostry" - recenzja


Wychowywałem się w rodzinie, w której wielodzietność jest na porządku dziennym. Mój ojciec ma jeszcze troje rodzeństwa, jego brat - mój stryj radośnie sprowadził na ten świat dalszych pięcioro dzieci, moja siostra planuje czwórkę i jest zasmucona faktem, iż Citroen C4 Picasso w zgrabniejszej wersji oferuje tylko 5 miejsc, toteż nic dziwnego, że wszystkie potencjalne rodzinne niesnaski znam z autopsji.
 
Moje doświadczenia sprawiły, iż ze sceptycyzmem podchodziłem do zeszłosezonowej nowości ABC, emitowanego od stycznia w TVP 1 serialu "Bracia i Siostry". Na dodatek zakulisowe roszady (wymiana, okazuje się szczęśliwa, "matrony" na rewelacyjnie przekonującą i urokliwie ekspresyjną Sally Field) niedobrze rokowały na przyszłość.
 
Obawy na szczęście się nie sprawdziły. Oglądając serial mamy uczucie otaczającej wszystko wysokiej jakości, coś, co próbują osiągnąć reklamy Zary. Szybkie dialogi, prawdziwe i przekonujące historie, oświetlenie (takiej intymności w odbiorze nie uświadczyłem od czasu "Felicity"), atmosfera realnej rodziny - nawet moja własna seniorka rodu - Babcia, która oglądała ze mną serial w oryginalnej wersji nie rozumiejąc z tego ani słowa, stwierdziła, że "czuć, iż to serial o rodzinie". To chyba najlepsza recenzja. Szczerze mówiąc, w duchu cieszyłem się, że serial nie miał napisów - w odcinku chyba 50 razy pojawiło się słowo sperma.
 
I tu przechodzimy do meritum - producenci i scenarzyści niczego nie pomijają, nie brak im odwagi by okazywać życie takie jakie jest, z jego niedoskonałościami (jeden z najbardziej realistycznych portretów homoseksualisty - uniknięto najczęstszego błędu, Kevin jest po prostu synem i bratem, a jego orientacja nie definiuje jednowymiarowego "użycia" postaci), czy wojenkami rodzinnymi. Cenię najbardziej to, że każde z braci i sióstr - również ze starszego pokolenia, jest żywym, prawdziwym charakterem z krwi i kości, a nie jedynie tłem dla olśniewającej Sally i uroczej Calisty.
 
Moim skromnym zdaniem, od czasu pierwszej emisji "Lost" i "Battlestar Galactica" trafił w końcu na nasze polskie ekrany serial z pierwszej ligi. Wzruszający, ciepły, prawdziwy i o wielu obliczach - jak każda rodzina. Oglądajcie póki możecie.
 
***
"Brothers&Sisters - Bracia i Siostry" TVP 1, poniedziałek 22:00
Ocena: A
 

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

01 listopada 2007

"Samantha Who?" - recenzja


Christina's back in the saddle!

Od dawna, już na prawdę od bardzo dawna nie widziałem serialu komediowego, który tak bardzo oddawałby... sens kategorii "seriali komediowych". Ostatnie lata należały do tych 7 chudych jeśli chodzi o aspekt humorystyczny w amerykańskiej jak i polskiej telewizji. U nas jak i za oceanem powstawały odnoszące sukces hybrydy ("Desperate Housewives - Gotowe na Wszystko", "Ranczo"), bądź formaty odchodzące od schematu produkcji dającej satysfakcję wszystkim widzom, niezaleznie od kategorii wiekowe, czy skali dochodów ("The Office"). "Samantha Who?" jest dobrze wymyślonym i sprawnie wykonanym powrotem do korzeni rozrywki rodzinnej.

Tytułowa bohaterka Sam, w tej roli moja ulubienica Christina Applegate (dla niej oglądałem nawet teledysk Jessici Simpson), zostaje potrącona przez samochód i po wypadku cierpi na amnezję. Nie pamięta, że od dwóch lat nie odzywała się do rodziców, że jej chłopak (Barry Watson "Siódme Niebo" - z krótkimi włosami go nie poznałem) zerwał z nią, a jej najlepsza przyjaciółka jest alkoholiczką i egocentryczką.

Jedyną osobą, która zdaje się okazywać jej ludzkie uczucia jest Dena (Melissa McCarthy - oglądając pilotażowy odcinek zwróćcie uwagę - nasza cudowna Sookie z "Gilmore Girls", była przy nadziei w czasie kręcenia), jednak rzekoma przyjaciółka została odtrącona przez Samanthę wiele lat temu. Główna bohaterka nijak nie może odnaleźć się w świecie, w którym była i nadal może ponownie się stać wredną jędzą.

I jedyną przeszkodą w rozkoszowaniu sie zabawnymi sytuacjami, niekoniecznie z kosmosu wziętymi gagami (rodzice filmują nieprzytomną Samanthę by wygrać casting do "Extreme Makeover" Home Edition") jest pewna wątpliwość - jak długo da się wykorzystywać trik z amnezją, by umieszczać Samanthę i całą grupę, w sumie bardzo dających się lubić - dość życiowo zwyczajnych, charakterów, w nowe sytuacje?

Podsumowując, kawałek dobrej komedii, na który czekałem od kilku sezonów. Zabawne dialogi dają rozrywkę całej rodzinie, a Christina Applegate znakomicie sprawdza się w roli osoby, wokół której kręci się cała fabuła. I w sumie, kto z nas nie marzy o tym, by pewnego dnia zacząć wszystko od początku?Stać się nowym sobą?

***
"Samantha Who?" ABC
Ocena: B
oficjalna strona

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

22 września 2007

"Ja Wam Pokażę" - recenzja


Grochola 3.1

Tak, idąc za nową telewizyjną modą, powinien się nazywać ten serial, nieprawdaż? Krótka historia, dla nieobeznanych w temacie "najnowsza historia komedii romantycznych a sprawa polska". Pani Grochola jest pisarką, poczytną podobno. Jedna z jej książek "Nigdy w Życiu" została zekranizowana i dzięki udziałowi Danuty Stenki oraz Artura Żmijewskiego odniosła kasowy sukces. To zagwarantowało powyższej produkcji etat wzorcowego modelu komedii romantycznej, któremu próbowała dorównać kinowa kontynuacja miłosnych przygód samotnej matki - Judyty (tym razem Grażyna Wolszczak).

Teraz, zdesperowana w poszukiwaniu serialu obyczajowego, który nie byłby telenowelą, TVP 1 zafundowała nam trzecią odsłonę przygód Judyty. Myślałem, że po beznadziejnym duecie Wolszczak-Deląg, nie dane mi już będzie zobaczyć niczego głośniej wołającego o pomstę do nieba. Oczywiście pełen ignorancji myliłem się. Pomiędzy Edytą Jungowską ("Na Dobra i Na Złe") a Radosławem Krzyżowskim ( również "Na Dobra i Na Złe") nie ma chemii. Zero. Kompletne nic. Gdyby oni mieli zapewnić prokreację gatunku na bezludnej wyspie musieli by mieć aparaturę do zapładniania in vitro, inaczej nic by się nie wykluło. Pozostała część obsady aktorskiej jest tak przeraźliwie niezgrana, że aż żal patrzeć, jak się ze sobą męczą. Chlubnym i niestety jedynym wyjątkiem jest para Lipińska - Kowalewski (grający rodziców Judyty), którzy jak sami przyznają, pojawiają się w serii by wymógł na nich to zapis w kontrakcie.

Serial miał być z założenia typową "dramedy" czyli połączeniem serialu obyczajowego z elementami komediowymi. Format, który w stanach zjednoczonych od kilku lat króluje w ramówkach, w Polsce powielony przez "Magdę M.", w rękach niewprawnych twórców po prostu się nie sprawdza. Jedna z początkowych scen epizodu pilotażowego, gdzie czytelniczka (przyjęta przez naczelnego?!) narzeka, iż w artykule nikt nie pisał, że po urodzeniu dziecka to nie sama rozkosz ale również brudne pieluchy była po prostu żenująca.

Kiepska obsada, beznadziejna fabuła, średnia realizacja i piosenka tytułowa śpiewana na końcu każdego odcinka. Nigdy w życiu!

***
"Ja Wam Pokażę" TVP1, 20:20 niedziela
 ocena: D-
oficjalna strona

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

13 września 2007

"Ekipa" - recenzja


Rozchylmy kurtynę

Specjaliści od marketingu czasami sami kopią pod sobą dołki. Uruchamiają wielką kampanię reklamową, eksponują wielkie nazwiska, a potem co? Produkt, który na afiszach krzyczał "jestem najlepszy, wybierz mnie!", okazuje się marną zapchaj dziurą i zła sława rozprzestrzenia się szybciej niż grypa w listopadzie niwelując wysiłki wspomnianych marketingowców. Po angielsku mówi się wtedy "xxx failed to meet the hype".

Czemu taki długi wstęp? A dlatego, że w przypadku "Ekipy" tego paradoksu nie ma. Dostajemy wartościowy produkt, w zgrabnym opakowaniu sygnowany nazwiskiem Agnieszki Holland. A że pani reżyser się ceni, to i nie podpisuje się pod byle czym.

Pierwsze, co pomyślałem zakończywszy oglądanie pilota, to że produkcja trzyma w napięciu. Dużo lepiej niż "Kryminalni", nie wspominając o tej beznadziejnej parodii serialu sensacyjnego, jaką zafundował nam Polsat w zeszłym sezonie. W trakcie trwania odcinka zaczynamy burzą teczkową, a dalej scenarzyści raczą nas kolejnym tornadami trafnie oddając dość niespokojny świat polskiej (i nie tylko polityki), w której każdy ma jakiś mały sekrecik, i nikomu - nawet wydawałoby się najbliższym przyjaciołom nigdy nie można zdradzić całej prawdy.

Agnieszka Holland i jej ekipa rozwiała kolejną moją wątpliwość. Obawiałem się, że serial nie będzie mógł się oderwać od polskiej rzeczywistości , opowiadając się za którąś z opcji politycznych. Twórcy nie wpadają w schemat, obnażając wady i zalety różnych sposobów na uszczęśliwienie społeczeństwa. W serialu brak jest również schlebiania gustom widzów o przeciętnym IQ. Padają daty i fakty z przeszłości, które współczesnej młodzieży rzadko cokolwiek mówią. Wiele niedopowiedzeń nie uszczupla jednak fabuły, pozwala raczej czerpać bardziej obeznanemu widzowi większą przyjemność z oglądania.


W
zasadzie o warsztacie aktorskim wspominał nie będę, (poza zaskakująco rewelacyjną Katarzyną Herman, i radośnie odświeżającym Robertem Maćkowiakiem - tak na marginesie chemia miedzy nimi jest prawie namacalna), gdyż nazwiska aktorów mówią same za siebie.I o dziwo, za tymi nazwiskami talent podąża w parze. O pięknie prostej czołówce, i przeniesionych z wielkiego ekranu trików reżyserskich (sceny przesłuchań) też nie będę się wypowiadał - to trzeba zobaczyć samemu.

A co mnie odstręcza od serialu? Myśl, że może być trochę za ambitny, a Polscy widzowie zbyt przejedzeni rzeczywistą sceną polityczną by skoncentrować się na tej produkcji na tyle, by zagwarantować nam drugą serię. Dlatego też zachęcam do oglądania polskiego "The West Wing".


***
"Ekipa" Polsat, 21:00 czwartek
 ocena: A
 oficjalna strona


Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

23 czerwca 2007

"Dexter" - recenzja


In everyone there is a little bit of a psycho

N
awet ja jestem czasem przerażony telewizją, zwłaszcza tą amerykańską. Lękiem napawa mnie ta małoekranowa zdolność przekształcania wszystkiego dla swoich potrzeb. Nie uważacie, że to trochę makabryczne, że każdy aspekt kultury, czy naszego życia w każdej chwili może znaleźć odbicie w telewizji? Podobnej obróbce poddano "Dextera".

Serial produkowany na potrzeby kablówkowego kanału Showtime, powstał na kanwie powieści Jaff'a Lindsay'a (wydana również w Polsce pod tytułem "Demony Dobrego Dextera"). Tytułowym bohaterem obu jest mieszkający w słonecznym Miami technik kryminalistyczny, specjalizujący się w analizie śladów krwi. To za dnia. W nocy natomiast daje on upust swoim mrocznym pragnieniom i w artystyczny sposób zabija kryminalistów, którym z różnych powodów nie udało się udowodnić winy przed sądem.

Banał powiecie. I będziecie mieli rację. Przynajmniej jeśli chodzi o książkę. Tutaj właśnie objawia się trawiąca magia telewizji. Serial jest o wiele bardziej dowcipny z makabrycznymi monologami w wykonaniu odgrywającego główną rolę Michael'a C. Hall'a . Smaczku serii dodają komentarze wynikające ze społecznego nieprzystosowania Dextera, zwłaszcza te implikowane jego aseksualnością. Innym razem możemy się dowiedzieć dlaczego banany i kanapki z jagnięciną są najlepszym posiłkiem podczas prowadzenia samochodu.

Plejadę dziwacznych postaci, poza tytułowym Dexterem, tworzą jego siostra - oddana policjantka, która stara się o przeniesienie do wydziału zadań, czemu na przeszkodzie stoi jej brak pewności siebie i siły przebicia. Nie mogę odżałować, że portretująca ją aktorka od czasu nakręcenia odcinka pilotażowego skorygowała swoją szparę między zębami. Idealnie wpasowywała się w konwencję serialu "idealne z daleka, brzydkie z bliska". Jest również Rita, pokiereszowana emocjonalnie i fizycznie przez swojego byłego męża, z którą obecnie umawia się Dexter, by zachować pozory normalności.

Czemu jednak ten serial tak wciąga? Może dlatego, że widzowie w pewien sposób utożsamiają się z tytułowym bohaterem. My też w różnych sferach po prostu udajemy przed pozostałymi swoje przystosowanie, pokazując im to, co chcą zobaczyć. A może dlatego, że cichcem zazdrościmy Dexterowi tego, że potrafi tak perfekcyjnie się kontrolować i z czystej ludzkiej zawiści czekamy na jego pierwszą wpadkę.

A na koniec, powracamy do samego początku. W Ameryce zanikła sztuka konstruowania zapadających w pamięć widza czołówek (patrz "Lost", "Heroes"). Natomiast ta przygotowana na potrzeby "Dextera" jest telewizyjnym majstersztykiem. Intrygująca melodia i perfekcyjna sekwencja zdjęć. Jak cały "Dexter" dwulicowa. Bo właśnie o tym jest ten serial, o dwulicowości.


***

"Dexter" Showtime
 Ocena: B+
 oficjalna strona - niedostępna spoza USA



Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

06 kwietnia 2007

"Prawo Miasta", "Odwróceni" - recenzja

Na wiosnę stacje telewizyjne przygotowały wysyp sensacyjnych nowości i chociaż seriale przygotowane przez TVN oraz Polsat nie konkurują ze sobą bezpośrednio, nikt (poza władzami kanałów TV) nie oczekuje od widzów, iż będą ślęczeli przed telewizorem cały weekend. A więc pojawia się pytanie co wybrać?

Może zacznijmy drogą eliminacji? Wybierzmy serial, który zaskoczy nas plejadą bardziej znanych nazwisk! Produkcja Polsatu kusi nas stereotypowymi Lindą, Pieczyńskim, Pazurą i Wilczakiem (no dobrze, mnie nie, nie gustuję w tych panach zanadto) a na okrasę  dorzucają gratis drewnianą Pannę Książkiewcz. A więc mamy piękną i bestie. Z kolei serialowy prequel "Świadka Koronnego" serwuje nam rewelacyjnych Żmijewskiego i Foremniak (i jak tu wytłumaczyć Babci, że nie jest to spin-off "Na Dobre i Na Złe") w zupełnie nowych odsłonach (świetnie jej w ciemnych włosach). I serialowe odkrycie roku - Robert Więckewicz.

I chociaż w nazwiskach możemy mieć strategiczne 0:0 czas sprawdzić jaki zrobiono z nich użytek. Linda i Pazura znowu są twardzielami, a Wilczak pozbawiony komediowego otoczenia ląduje w drewnianych dialogach z Książkiewicz (modliłem się, kiedy ta scena się skończy). Od strony aktorskiej produkcję ratuje Pieczyński, którego tembr głosu idealnie pasuje do mrocznego kryminału, którym chyba z założenia "Prawo Miasta" miało być. U "Odwróconych", sygnowanych w reklamach dopiskiem "z silnymi wątkami obyczajowymi", udało się scenarzystom uniknąć drętwych postaci i sztucznych aktorów. A wspomniany już Więckiewicz i Bobrowski są zaskakująco przekonujący.

Najbardziej w "Odwróconych" jednak doceniam wyeksponowanie kobiet, które są samodzielne, silne i nieschematyczne (Foremniak jako żona odczytująca nastrój partnera po najmniejszych gestach). Książkiewicz w serialu polsatowskim jest natomiast typową denerwującą gąską, której na pomoc przybiega dwóch rycerzy w lśniących prochowcach. Fabularnie to właśnie "Odwróconym" dużo bliżej majstersztykowi znanemu z "Oficera".

TVN jak i Polsat miały już swoich "Kryminalnych" oraz odpowiednio "Falę Zbrodni". Jeśli nie na pierwszy, to na pewno na drugi rzut oka widać, w której z tych stacji władze programowe uczą się na błędach.

***
"Odwróceni" TVN, Piątek 20:00
oficjalna strona

"Prawo Miasta" Polsat, Niedziela 22:00
oficjalna strona

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

12 marca 2007

"Jak Oni Śpiewają?" - recenzja


Czy półtora roku programowej zapaści, podczas której Polsat na telewizyjnej mapie utrzymywał się tylko dzięki "Desperate Housewives - Gotowym na Wszystko", wystarczyło aby szefostwo stacji poszło po rozum do głowy? Chyba tak. Po głośniej i udanej premierze "Prison Break - Skazanego na Śmierć" stacja Zygmunta Solorza stawia na własne produkcje - również te typu reality.

A formuła jest prosta. Weźmy mniej lub bardziej popularne telewizyjne twarze ze wszystkich stracji i każmy im śpiewać. Ale nie byle jaki repertuar - piosenki gwiazdom wybierają widzowie. A przecież nic tak widowni nie bawi jak władza nad losem szklanoekrowanowych gwiazd. Jeśli Agnieszka Włodarczyk chce śpiewać utwór Kylie Minogue to dajmy jej Bajm!

Twarzami nowego przedsięwzięcia są najsłynniejsza Katarzyna w Polsce i niezmordowany weteran reality Krzysztof Ibisz. Do jury ściągnięto Elżbietę Zapendowską i bezrobotnego od czasu "Śpiewających Fortepianów" Rudiego Schuberta. Nietrafionym wyborem było zaproszenie Edyty Górniak, która nigdy nie stanie sie dla Polsatu tym, kim Paula Abdul dla "Amerykańskiego Idola". To, co przyciąga w tabloidach, odstrasza na żywo. Nie dość, że Pani Edyta mówi z denerwującą manierą w głosie to jeszcze jest sztywna, sztuczna i humorzasta. Widać to zwłaszcza na tle zabawnych i konkretnych wypowiedzi Eli Zapendowskiej.

Skoro już jesteśmy przy mankamentach to widać brak doświadczenia Polsatu w realizacji takich widowsisk. Zdarzają się błędy kamrzestów i prowadzących, co przechodzi z wiekiem jak to można zaobserwować w TVN.

Czy "Jak Oni Śpiewają?" stanie się sukcesem na miarę "Tańca z Gwiazdami"? Wątpię, by formuła programu przetrwała 5 edycji, w każdym razie z takim składem jury. No i ile razy możemy oglądać Agnieszkę Włodarczyk i Andrzeja Nejmana w różnych wcieleniach. W każdym razie produkcja jest niezaprzeczalnie najlepszą "guilty pleasure" w tym sezonie.

***

"Jak Oni Śpiewają?" Polsat sobota 20:00
oficjalna strona


Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

15 lutego 2007

"Scrubs" - recenzja


Zoom in on "Scrubs"

"P
rzyjaciele" wracają na ekrany TVN Siedem z odcinkami dziesiątej serii już 26 lutego. I chociaż zdarza mi się oglądać przygody tej paczki z przyjemnością, to po 10 latach konwencja stała się już trochę oklepana i to właśnie sukces "Przyjaciół" przyczynił się do jej zużycia. W poszukiwaniu czegoś, co odmieniłoby w moich oczach wizerunek serialu komediowego trafiłem na "Scrubs" (połączenie "ally McBeal z "Ostrym Dyżurem").

Pierwsze co zaskoczyło mnie w tej produkcji to narracja. I chociaż teraz można spotkać sitcomy, w których fabułę rozwija się zza kadru (np. "Everybody Hates Chris") to blisko siedem lat temu, kiedy "Scrubs" debiutowało, to było wielkie novum. Narracja zawsze dodaje serialowi specyficznego uroku i pozwala się widzowi bardziej wczuć i związać z prezentowaną historią. Nic dziwnego, że wiele świetnych choć rzadko docenianych seriali się nią posługiwało ("Everwood", "Veronica Mars"). Świat widzimy oczami J.D., chłopaka, który dopiero co skończył studia medyczne i objął posadę stażysty w szpitalu.


Nawiązanie na wstępie do "Ally McBeal" nie było przypadkowe, gdyż absurdalny humor scenarzystów objawia się w rożnych przywidzeniach i projekcjach alternatywnych rzeczywistości , które cechują zarówno prawniczkę jak i J.D. Sam dowcip rzeczywiście może wydawać się czasami zbyt przaśny, ale szybkość z jaką toczy się akcja oraz bogactwo i ekstrawagancja gagów rekompensują nam te rzadkie braki w ich jakości. Całość daje wrażenie niemożliwie wciągającego pokręconego jak siatka neuronów umysłu, który aby przetrwać natłok codziennych strasów przetwarza rzeczywistość na popkulturową żart-papkę.

Największym smaczkiem serialu jest jednak, to, że humor puentuje na prawdę głębokie i trafne przemyślenia głównego bohatera odnośnie otaczającejgo go świata. W pilocie jest to wyraźnie widocznie w scenach rozgrywających się między J.D. a jego najlepszym przyjacielem, w których narrator daje upust swoim lękom dotyczących okazania kumplowi jak bardzo mu zależy na ich przyjaźni. Bohaterowie nie są tak przewidywalni i mono płaszczyznowi jakimi nierzadko okazywali się "Przyjaciele".

Na wyróżnienie w oddzielnym akapicie zasługuje Zach Braff. Konwencja narracji pierwszoosobowej poza plusami ma również jedną poważną wadę - całość udaje się jedynie jeżeli aktor sprosta wymaganiom. Pan Braff wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie tak jak jego demoniczny przełożony doktor Robert Kelso (jego szyderczy uśmiech może się spokojnie równać z najgroźniejszymi grymasami Jacka Nicholsona).

Chętnym radzę przyjrzeć się "Scrubs" w najbliższym czasie, gdyż prawdopodobnie życie serialu zmierza ku końcowi. Dodam, iż krążą plotki o tym, że sitcom zadebiutuje na wiosnę w polskim Comedy Central.

***
"Scrubs" NBC
oficjalna strona serialu

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

20 stycznia 2007

"Ugly Betty" - recenzja


Ugly is the new Funny!

K
iedy emocje przed zbliżającą się ceremonią rozdania Złotych Globów sięgały zenitu postanowiłem bliżej przyjrzeć się produkcji, która była czarnym koniem według amerykańskich krytyków. "Ugly Betty" - serial, który stał się kwintesencją procesu, który ma obecnie miejsce w amerykańskim światku telewizyjnym, ale first things first jak to mówią anglosasi.

"Ugly Betty" to nowość sezonu 2006/2007 ze stajni ABC, w której producent wykonawczy - Salma Hayek - osiągnąwszy stosowny do tego typu zachowań wiek (40 lat) wraca do korzeni, czyli latynoamerykańskich telenoweli (gdzie debiutowała jako aktorka). Serial luźno bazuje na kolumbijskim pierwowzorze, w którym nosząca aparat, rozczochrana brzydula zostaje zatrudniona w piśmie o modzie z najwyższej półki, tylko po to, by nowy redaktor naczelny nie miał pokusy zaciągnięcia kolejnej asystentki do łóżka. Produkcja czerpie również garściami z filmu "Devil  Wears Prada" (niektóre kwestie są  żywcem przeniesione z filmu do serialu).

Serial jest kwintesencją procesu mieszania gatunków i auto-ironii, które zapoczątkowały takie produkcje jak "Desperate Housewives - Gotowe na Wszystko", "Weeds - Trawka", czy "Monk - Detektyw Monk". "Ugly Bety" w smaczny sposób prześmiewa się ze stereotypów dotyczących mniejszości latynoametykańskiej, kpi ze świata mody i z samej konwencji telenoweli (Salma Hayek gościnnie występuje jako aktorka telenoweli oglądanej przez bohaterów).

I nawet jeśli wbrew zapewnieniom twórców, że serial opowiada historię o wewnętrznym pięknie, uważam, iż warstwa fabularna nie jest najgłębsza ani najbardziej porywająca, to zupełnie nie przeszkadza w spędzeniu przed telewizorem pełnej śmiechu godziny. Zwłaszcza, że w roli tytułowej bohaterki sprawdza się naturalna i spontaniczna America Ferrera. Po za tym, celem tego serialu nie było skłonienie do refleksji, a raczej zapewnienie widzom soczystej porcji rozrywki. A jak wszyscy dobrze wiemy, Amerykanie w tym są najlepsi.

***
"Ugly Betty" ABC
oficjalna strona serialu

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

05 stycznia 2007

"Dwie Strony Medalu" - recenzja


Władze pierwszego kanału Telewizji Polskiej już drugi rok z rzędu poszukują telenoweli, która w przyszłości mogłaby zastąpić starzejące się "Klan" i "Plebanię". Zeszłoroczny debiutant "Warto Kochać" widocznie nie spełnił pokładanych w nim nadziei, gdyż TVP1 konsekwentnie majstruje przy porach jego emisji, skutecznie odstraszając widza. A jakie szanse mają "Dwie Strony Medalu" sponsorowane przez lody Koral.Przepraszam, to znaczy firmowane twarzą Daniela Olbrychskiego i głosem Maryli Rodowicz.

I właśnie piosenka jest najsłabszą częścią czołówki. Infantylny tekst z kompromitującymi metaforami rodem z pierwszej klasy gimnazjum obrzydza treść serialu zamiast delikatnie weń wprowadzać. Za to od strony wizualnej, jest to jedna z najestetyczniejszych czołówek w polskiej telewizji. Patent ze zwielokrotnieniem wizerunków bohaterów przedstawionych jak dopingują na trybunach jest na prawdę pomysłowy i tak różny od pojawiających się, przelatujących przez ekran portrecików, których wszyscy mamy po dziurki w nosie.

Fabuła produkcji jest typowa. Mamy więc młodzieżowe czworokąty i dwa nieudane dojrzałe małżeństwa, z których przynajmniej jedno jest z aspiracjami na trójkąt. Wszystko rozgrywa się w typowo polskim miasteczku, gdzie upadł ostatni wielki zakład - sponsor lokalnego klubu sportowego. Wiąże się to z komplikacjami zarówno dla kadry jak i sportowców. Ot typowy tasiemcowy scenariusz.

Skrajne uczucia budzą we mnie natomiast dialogi. Akcja toczy się wartko, mamy szybkie wymiany zdań bez "ochów" i "achów" i bez zbędnego przewracania oczami. Zdecydowanie  się wyróżniają na tle sflaczałych weteranów rynku mydlanego. Natomiast treść to zupełnie inna sprawa. Mam wrażenie, że scenarzyści za bardzo chcieli wbić w słowa bohaterów nowoczesność. Wypowiedzi często brzmią tak sztucznie, że aż śmiesznie. Szczytem wszystkiego była wypowiedź pani w średnim wieku "faceci to przereklamowana sprawa", która równie dobrze mogła by mówić wtedy "bo zupa była za słona". Górę plastiku, która mogłaby zatopić Tytanica, zafundowali nam autorzy w scenie rozgrywającej się między Adamem (Tomaszem Karolakiem) a Burmistrzem. Myślałem, że rozleję herbatę kiedy padły słowa "To miasto jest za małe dla nas dwóch" albo "Przyjechałem tu aby się zemścić". I to nie był element komediowy, tylko zagrany całkiem na poważnie. Chyba, że nie mam aż tak wyrobionego poczucia humoru jak przeciętny odbiorca docelowy tej produkcji.

Serial, jak już wspomniałem, reklamowany przez Daniela Olbrychskiego, rzeczywiście zyskuje na świeżości i humorze w związku z jego obecnością. Po obejrzeniu "Placu Zbawiciela" liczyłem również na coś więcej ze strony Ewy Wencel. Niestety jej gra jest dla mnie tylko obojętna, zwłaszcza na tle zadziwiająco sztucznej Gabrieli Kownackiej (gdzie zagubiła się ta dobra aktorka z "Matek, Żon i Kochanek" oraz "Rodziny Zastępczej"?). O młodych aktorach wspominać nie będę. Poza Maciejem Brzoskiem wszyscy pozostali wykazują zadziwiający talent do naśladowania kawałków drewna. Zwłaszcza scena "pocałunków" w pubie to kompletna porażka aktorska. Można pocieszać się tylko tym, iż to debiutanci i być może się wyrobią. Tym bardziej boli przypadek Pani Kownackiej.

Jestem prawie pewien, że serial skończy podobnie, co "Warto Kochać". Pomimo kilku ciekawych innowacji, jego sfera "kreatywna" i warsztatowa jest zdecydowanie za uboga, by przejąc widzów, korzystających w pełni z dobrodziejstw zasiedzenia "Klanu" i "Plebani". Do zobaczenia w porażkach sezonu 2006/2007. Tylko Pana Daniela szkoda.

***
"Dwie Strony Medalu" TVP 1 piątek-sobota 17:30, 18:00
oficjalna strona serialu

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

08 września 2006

"Pogoda na piątek" - recenzja

Dosłownie przed chwilą skończyłem oglądać najbardziej oczekiwaną premierę tego sezonu. W zasadzie to nie mam prawa przemawiać głosem ogółu, ale w moim wypadku, rzeczywiście to twierdzenie się sprawdza. Problem polega na tym, że w miarę oczekiwania rośnie apetyt, który rzadko kiedy udaje się w pełni zaspokoić.

Oglądając czołówkę miałem mieszane uczucia. Animacja dosyć ciekawa, zręczna i niewymuszona, ale kompozytorzy tematu przewodniego nie mieliby szans na nominację do Emmy w tej kategorii. Pozytywnie zaskoczony byłem oszczędnym podejściem twórców do przedstawienia postaci. Bez babrania się w życiorysach przez pierwszą godzinę serialu scenarzyści uraczyli nas "filmikami", na których główni bohaterowie sami się przedstawiają. Twórcy postarali się, by kilka faktów z cv zaserwowano tak, żeby oddać również rys charakterologiczny postaci.

Co do samej fabuły, to mamy kilkoro ludzi w różnym wieku, kondycji psychicznej, jedyne, co ich łączy to przynależność do klasy średniej i wzwyż . Jest oczywiście również centrum handlowe, w którym ich drogi się spotykają. Poznajemy więc wymiętą Danutę Stenkę (cieszę się, że ktoś miał odwagę zostawić jej worki pod oczyma, miła odmiana po "Nigdy w życiu!") prowadzącą poradnię małżeńską, która rozpoczyna weekend rozwodem. W centrum handlowy spotyka mężczyznę z przeszłości (a jakże!), który swój rozwód przedkłada w związku z problemami wychowawczymi z synem. W serialu spotkamy jeszcze jak zwykle mnie irytującą Katarzynę Figurę i plastikowego Michała Lesienia. Pozostała obsada została trafnie dobrana, chociaż mnie największą przyjemność sprawia oglądanie na ekranie Agnieszki Warchulskiej , chociaż czasami jej postać zalatuje tanim sentymentalizmem i odświeżająca Katarzyna Ankudowicz.

W zasadzie, to sam serial jest odświeżający w swojej konwencji. Nie mamy tu żadnych rodów, kochających się czy zwaśnionych, żadnej jedynej i słusznej grupy zawodowej, ani nawet żadnych grochów. To jest w zasadzie zupełnie nowe podejście nie tylko w polskiej telewizji. Serial o podobnej konwencji niedługo zadebiutuje w USA, a pracuje nad nim J.J. Abrams.

W prawdzie oczekiwałem czegoś więcej, ale może dlatego, że jestem przyzwyczajony do amerykańskiego rozmachu. W gruncie rzeczy jest to dobry, nowocześnie wykonany serial obyczajowy, który podąża szlakiem przetartym przez "Magdę M." w międzyczasie serwując nam coś nowego.  Jeśli zostajecie w domu w piątkowy wieczór to oglądajcie Dwójkę (bądź polujcie na powtórki).

***
"Pogoda na piątek" TVP 2, piątek, 21:00
oficjalna strona serialu

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

04 września 2006

"Kopciuszek" - recenzja


Publiczna Dwójka zachęcona sukcesem "M jak miłość" od kilku sezonów skutecznie wzbogaca ramówkę o nowe, w konwencji rzadko do siebie podobne, seriale. Najnowsza produkcja przedstawia losy nastoletniej Blanki (w tej roli córka Joanny Szczepkowskiej - Maria Konarowska) dorastającej pod opieką kochających rodziców w malutkim Kalinowie. Tyle tytułem wstępu.

Odcinek pilotażowy ma za zadanie przedstawić nam bohaterów i zawiązać akcję w taki sposób, by zmusić widza do podążania za następnymi epizodami. Co do postaci, to zostały przedstawione poprawnie, acz, jak to często bywa w polskich serialach schematycznie. Pokazano rodziców Blanki, małżeństwo tak idealne, że aż nieprawdopodobne. Licealistka ma również trochę żigolowaty obiekt westchnień i mącącą spokój, zazdrosną nemezis. A to wszystko w otoczeniu cukierkowatego miasteczka z odnowionym ratuszem, błyszczącym rynkiem i nowoczesnym przedszkolem - wprost z prospektów reklamujących fundusze celowe Unii Europejskiej.

Wśród bohaterów pozytywne wrażenie zrobiła na mnie przedsiębiorcza właścicielka cukierni, babka tytułowego kopciuszka - Mirka. Z jednej strony jest stereotypową teściową, opiekuńczą mamą dla syna po 40-tce, z drugiej głębi nadawało jej to, iż potrafiła docenić i przedstawić synową w jaknajlepszym świetle, kiedy była taka potrzeba. Drugą interesującą postacią jest ciapowaty brat przyjaciółki głównej bohaterki, który nie skrywa swojego sentymentu do Blanki. Ten bohater daje szerokie możliwości scenarzystom.

Wracając do akcji, no cóż, oszukiwałem sam siebie licząc na coś więcej, niż wisząca w powietrzu od 5 minuty odcinka korona miss dla Blanki. Mamy również dramatyczną scenę końcową z zapłakaną Blanką w krwistoczerwonej sukni. Moda na sukces, tylko uroda bardziej słowiańska.

Podsumowując, serial nie reprezentuje sobą nic specjalnego, chociaż dzięki swojej konwencji, ma szansę, z rozpędu, zgarnąć trochę widowni osieroconej przez "M jak miłość".

***
"Kopciuszek" TVP 2, niedziela-poniedziałek, 21:00
oficjalna strona serialu

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

29 lipca 2006

Życie na fali (The O.C.) - recenzja


Od mniej więcej miesiąca można oglądać na antenie TVN premierowe odcinki kultowego wśród amerykańskich natolatków serialu The O.C., opowiadającego o życiu młodych ludzi w prawie idyllicznym świecie kalifornijskiej klasy wyższej.Pozostawiając na boku mile świadczący o władzach stacji fakt, iż jednak chciali zadbać o wakacyjnego widza proponując im, z moich wiadomości wynika, iż conajmniej dwa sezony nowego programu, przejdźmy do istoty recenzji.

Jak już wspomniałem bohaterowie przynależą do powiedzmy to sobie szczerze, rozpieszczonych bardziej lub mniej, bogatych nastolatków . Idylliczny świat telenoweli kreowany przez ściany utrzymane w tonacjach pomarańczowo-beżowo-brązowych. Dołącza do nich (jak dla mnie w dość nieprzekonywujący sposób) chłopak z nienajjaśniejszą przeszłością. Cała fabuła pierwszej serii opiera się na perypetiach niedostosowanego do świata przyjęć nowego.

Mamy wartkie zwroty akcji. Tak bardzo wartkie, że scenarzyści, aby nie zwalniać tempa, raczą nas co jakiś czas kolejną, schematyczną postacią. Właśnie, bohaterowie są bardziej niż schematyczni: milczący chłopak z przeszłością, miss cheerleaderek, anorektyczkę z problemami, irytującego acz zabawnego dziwaka, a wśród starszej obsady, harpię lecącą na mężczyzn z grubym portfelem.

Jedyna postać, stonowana i wyważona, pojawiła się tylko na mniej więcej 10 odcinków i na pożegnanie niestety nie oszczędzono jej wyciskającej łzy sceny. Cóż mogę powiedzieć. Serial do mnie kompletnie nie przemawia. Zastanawiam się, co zrobią twórcy jak już wszystkie panny i mężatki skończą w różnorakich kombinacjach w łóżku z głównymi bohaterami. Nie, w zasadzie się nie zastanawiam, nie warto. Jedyne, co można wynieść z tego serialu to muzyka. Nic więcej.


***
"Życie na Fali" ("The O.C.") TVN, poniedziałek-piątek, 14:30
oficjalna strona serialu

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

Wpisz adres e-mail aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach:

Delivered by FeedBurner