18 maja 2009

Telewizja w czasie kryzysu.

Zła passa dla amerykańskiej telewizji trwa już drugi sezon. Po strajku scenarzystów, który pozostawił ramówki kanałów zza wody w rozsypce, stacje telewizyjne muszą zmierzyć się z widmem kryzysu. Kurcząca się widownia, niechęć reklamodawców do płacenia wygórowanych cen za czas antenowy i irytacja udziałowców - wszystko to doprowadziło do tego, iż współczesna amerykańska telewizja nie jest tym, czym była kiedyś. Przedstawiamy dziś kilka najpopularniejszych sposobów radzenia sobie z kryzysem:

1. Zwieranie szeregów (ograniczenie czasu antenowego): zamiast rozmieniać się na drobne, szefostwo kilku kanałów ogólnokrajowych doszło do wniosku, iż najlepiej będzie przegrupować swych najsilniejszych zawodników jednocześnie ograniczając swoją ramówkę. Kanał NBC zrezygnował z nadawani oryginalnych programów w każdy dzień powszedni między godziną 9-10 na rzecz talk show prowadzonego przez Jay'a Leno. Młodzieżowa The CW ("Gossip Girl - Plotkara", "Smallville") od jesieni nie będzie nadawać programów w niedziele z powodu zbyt niskiej oglądalności rzeczonego pasma. Co stacje chcą przez to osiągnąć? Wzmocnić oglądalność wybranych programów, przez reklamowanie tylko wybranych punktów swojego programu. Efekt silnego ciosu. Niestety, to co łatwo jest odebrać, trudniej będzie przywrócić, gdy taka strategia się nie powiedzie.

2. Odsysanie tłuszczu (cięcia): odchudzanie wydatków to tak na prawdę seria różnorodnych działań i jest to metoda antykryzysowa najbardziej rozpowszechniona wśród kanałów amerykańskich. Niektóre jak NBC w przypadku seriali "Chuck", "Law & Order - Prawo i bezprawie", czy The CW w "One Tree Hill - Pogoda na Miłość" - pozbywają się głównych bohaterów by nie musieć opłacać ich garzy (wyobrażacie sobie OTH bez drewnianego acz słodkoustego Chada - jeżeli nie to zacznijcie, gdyż nie ujrzycie go w 7 sezonie). American Broadcasting Company natomiast majstruje przy samej produkcji - zanim pochopnie skasowano (minuta ciszy) cudownie błyskotliwą "Samanthę Who?" - próbowano przeorganizować sposób produkcji serii by zaoszczędzić pół miliona dolarów na odcinków (10 milionów w skali sezonu).

3. Dziel i nadawaj (koprodukcja): to co NBC przetestowało w przypadki "Friday Night Lights" a CBS z "Flashpoint" powoli staje się normą. Kanały znajdują sobie partnerów, którzy w zamian za dzielenie się wyprodukowanym serialem pokrywają część kosztów produkcji. Ostatnio studio produkujące serial "Reaper - Żniwiarz" zaoferowało go bezpośrednio lokalnym stacjim, gdyby nadający go kanał The CW nie uwzględnił produkcji w swojej ramówce. Co Wam to przypomina? W taki sposób nadawane były takie tasiemce jak "Star Trek: The Next Generation" czy "Baywatch - Słoneczny Patrol".

Który sposób jest najlepszy? Tego się nie dowiemy przed końcem przyszłego sezonu. Z ratowaniem ramówek jest jak z leczeniem gospodarki - są to eksperymenty na żywym organiźmie. Statystycznie najlepsze posunięcia, to te najbardziej radykalne. Statystycznie mogą one też rodzić najsromotniejsze porażki. Należy trzymać kciuki, że koniec końców - na tej trudnej konkurencji zyskamy My - widzowie.

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

13 stycznia 2009

Telebajery 2009

Nie łudźmy się w Polsce nie ma nagród telewizyjnych i okołotelewizyjnych z prawdziwego zdarzenia. Nie są nimi Wiktory, które od 1995 roku przyznawane są przez kapitułę złożoną z uprzednich laureatów. Przecież niezależnie od szlachetnych zamiarów poszczególnych wybierających, niezwykle trudno uwolnić się z tego kółka wzajemnej adoracji/wzajemnych animozji.
 
Tym bardziej jakości polskiej telewizji nie oddają nominacje do Telekamer. Ten ranking to wyłącznie odzwierciedlenie popularności. I chyba nie skrzywdzę nikogo, twierdząc, iż wybór finalistów był zasadniczo podyktowany regułą "na kogo publiczność odda najwięcej głosów".

Wystarczy się przyjrzeć jednej z podstawowych kategorii - aktor. Mamy tutaj niezmiennie popularnego wśród żeńskiej widowni (a to ona głównie nabija głosy) Macieja - Brada - Pitta - Zakościelnego, Pawła Małaszyńskiego. Do grona amantów dołączył również Mikołaj Krawczyk.

Szkoda, że Cezary Żak i Tomasz Karolak znaleźli się wśród nominowanych nie dlatego, że są utalentowanymi aktorami, tylko dlatego, że grają w bliższych sercom Polaków serialach komediowych.

Niezatapialnych nominowanych mamy również w kategoriach Informacje i Publicystyka. Żelazna Pochanke, Lisowie. A przecież w Polsce mamy najwięcej kanałów informacyjnych w Europie, jest z czego wybierać drodzy nominujący.

O koniunkturalności Telekamer świadczą również zmienne, jak relacje Dody z Majdanem kategorie. Ktoś pamięta kategorię "kabarety" - u szczytu popularności tychże? A może "serial kryminalny"? Oczywiście polski rynek telewizyjny jest na tyle specyficzny, że niektórych grup nominacyjnych nie da się utrzymać, ale po co tworzyć coś, co i tak za chwilę zniknie?

Większość z nas powyższy trend rozumie bez czytania tego artykułu. Po co więc to wszystko słowa - przecież nie płacą mi od wyrazu? Aby uświadomić nam, że w Polsce najskuteczniejszym odzwierciedleniem jakości programu - możemy być tylko my - widzowie - i nasze piloty.

Kończąc tym miłym akcentem zapraszam Was do głosowania na PolishTVSucks jako blog roku 2008.




Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

06 sierpnia 2008

AmericanTV od kuchni 1.02: season.

Pora na drugi rozdział przewodnika po amerykańskiej telewizji. Dzisiaj skupię się na słynnym season'ie. Można go spotkać wszędzie, często w sklepach internetowych np. w sloganie "Friday Night Lights - the complete first season now only for .....". Ale sezon to coś więcej niż często stosowany u nas zamiennik "seria". To nie tylko partia odcinków danego serialu. To cały rytm produkcji telewizyjnej, w którym żyją studia producenckie, stacje telewizyjne, reklamodawcy i na końcu my - czyli widzowie. I to właśnie amerykański cykl nadawczy naszych ulubionych seriali zostanie dzisiaj przedstawiony. A więc skończcie ziewać, bo najnudniejsza część już za nami.

Zasadniczo nowy telewizyjny season zaczyna się w USA pod koniec września. Wtedy to, gdy dzień robi się krótszy i Amerykanie rychlej wracają na swoje kanapy ziemniaczane, przypadają najcięższe salwy premierowych odcinków. To powakacyjnych premier "Desperate Housewies - Gotowych na Wszystko" i "CSI - Kryminalnych Zagadek Las Vegas" można się spodziewać w ostatnim tygodniu września. Jeżeli stacja jest młodsza, lub chce rozpocząć emisję nowego serialu w okresie zmniejszonej konkurencji, wtedy emisja nowych odcinków przesuwana jest na termin wcześniejszy - w tym roku manewr zastosował kanał The CW w przypadku remake'u "Beverly Hills 90210" pod jakże odkrywczym i tajemniczo-brzmiącym tytułem "90210". Dziewicza emisja będzie miała miejsce 2 września.

Od końca września, przez październik, z wyłączeniem okresu Święta Dziękczynienia emitowane są bez przerwy nowe odcinki telewizyjnych produkcji, jednakże najpoważniejsze zwroty akcji i najpikantniejsze wątki serwowane są w listopadzie. Na ten czas przypada okres sweeps, czyli dogłębnego mierzenia oglądalności przez firmę Nielsen, znaną również w Polsce. To na podstawie tych badań ustala się cennik dla reklamodawców. Podobne badania przeprowadzane są w lutym, maju oraz w sierpniu. Dwa pierwsze z tych terminów mają również niebagatelne znaczenie dla amerykańskich nadawców, ale o tym później.

Wraz z końcem listopada na antenie pojawia się coraz więcej powtórek. W końcu seria odcinków zwykle liczy 22 - 24 epizody, a tygodni w roku jest 52. Grudzień, czyli okres przedświąteczny, który w USA tak jak niestety coraz częściej u nas, zaczyna się po 1 listopada, urozmaicany jest również różnego rodzaju filmami z cyklu "holidays special". Wraz z nowym rokiem, mniej więcej w połowie stycznia na antenę powracają nowe odcinki seriali, aby przygotować momentum na kolejny miesiąc badań Nielsena - tym razem February Sweeps.

Marzec to zwiastun wiosny. Idealny czas dla odświeżania ramówek.
Zmienia się godziny emisji seriali, wyrzuca niesprawdzone a na ich miejsce dodaje te, które czekały na podorędziu. Idealnym przykładem tegorocznego debiutu śródsezonowego jest "Eli Stone". Poza tym, ponownie jest to czas powtórek. W związku z zakresem zmian, ta część sezonu ma swoją odrębną nazwę - midseason.

Kwiecień i maj (kolejny okres sweeps!) to ponownie miesiące pełne serialowych wrażeń. To właśnie w połowie maja przypadają finały produkcji fabularyzowanych jak i  reality takich jak "American Idol" wzbijające w życiu bohaterów popiół, który opadnie dopiero we wrześniu. Maj to też czas przygotowywania, czasem do ostatniej chwili (np. reaktywacja zeszłosezonowa "Reby" czy "7th Heaven - Siódmego Nieba" przez The CW) ramówek na następny sezon. Ich prezentacja ma miejsce w Nowy Jorku podczas gorącego tygodnia upfronts, o których pisałem już wcześniej.

Po maju i finałach przychodzi czas wakacyjnego wytchnienia. Emitowane są wtedy specjalne letnie programy, w Stanach są to np. "Big Brother" i "You Think You Can Dance?", niedobitki odcinków z seriali anulowanych (tak dokończono emisję nieodżałowanego "Men in Trees - Uwaga Faceci!"), czasem emitowany jest zupełnie nowy program, który z różnych przyczyn nie trafił do emisji podczas klasycznego sezonu. Wszystko to, do czasu, gdy we wrześniu trafi na nasze ekrany świeżutki season. I cykl zaczyna się od nowa.

Oczywiście od tych zasad są liczne wyjątki. Najoczywistszym z nich jest świat kanałów kablowych jak Lifetime, HBO, Bravo czy Showtime. Tam serialowe serie, a tym samym sezony są dużo krótsze - liczą 10 - 13 odcinków, których emisja może przypadać latem ("Monk"), lub podczas midseason ("Battlestar Galactica"). Wszystko po to, by uniknąć nadmiernej konkurencji ze strony nadawców "naziemnych".

To tyle w dzisiejszym odcinku. Już niedługo wrzesień!

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

15 maja 2008

AmercianTV od kuchni 1.01: up-fronts.

Z dzisiejszym wpisem zaczynamy nowy cykl artykułów tematycznych. Tym razem, zainspirowany problemami spowodowanymi niedawno zakończonym strajkiem, spróbuję przybliżyć Wam, jak wygląda amerykański biznes telewizyjny z tej brudnej strony - gdzie jest krew, pot i łzy, a aktorki targają się za włosy by zdobyć co lepsze role. Jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego nowe sezony serialu "Lost - Zagubieni" mają mniej odcinków niż zwykle, bądź jak to się stało, że Pheobe z "Przyjaciół" ma siostrę bliźniaczkę Ursulę, to jest miejsce, gdzie możecie oczekiwać odpowiedzi.

Dziewiczy wpis będzie poświęcony up-fronts, które właśnie mają miejsce w Nowym Jorku i są jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń w serialowym świecie. Zwykle nie jestem zwolennikiem bezpośrednich tłumaczeń, ale ten wyraz może być oddany dzięki polskiemu wyrażeniu "z góry". W kręgu telewizyjnym up-frontsy, to właśnie przedstawienie z pompą szerokiej publiczności jesiennej ramówki telewizyjnej z góry.

Od kilku dekad wszystkie największe naziemne stacje telewizyjne jak ABC, CBS, NBC i FOX oraz nadawcy kablowi chcący zaliczać się do elity, zbierają się w ciągu jednego majowego tygonia w Nowym Jorku, by w blasku fleszy przedstawić założenia i nowości programowe na nadchodzący sezon. Wtedy to fani dowiadują się, czy ich serial będzie kontynuowany, czy mogą liczyć tylko na pożegnalny box DVD, a dziennikarze mają okazję przyjrzeć sie obecnym i przyszłym gwiazdom serialowych produkcji, które licznie pojawiają się na prezentacjach prowadzonych przez szefów stacji. To wszystko okraszone jest "przeciekami" serwowanymi przez przybyłych scenarzystów i producentów. Nie może zabraknąć również suto zastawionych stołów, by przychylnie do nowych propozycji nastawić krytyków telewizyjnych. Poza celami promocyjnymi te olbrzymie i kosztowne widowiska mają jeszcze jedno, dużo ważniejsze, zadanie.

Poza fanami, dziennikarzami i krytykami do Nowego Jorku przybywają przedstawiciele wielkich korporacji - potencjalnych reklamodawców. Up-fronts są miejscem, gdzie zawiera się główne umowy reklamowe nie rzadko na cały rok z góry. Ta stacja, która lepiej wypadnie ma szansę na większy udział w reklamowym torcie. Ten kanał, któremu powiedzie się na prezentacjach gorzej, ma jeszcze 3 miesiące na dokonanie stosownych zmian w ramówce.

Up-fronts na przestrzeni lat tak mocno zakorzeniły się w świadomości telewidzów i dziennikarzy, że stacja NBC, która borykająca się z finansowymi trudnościami w lutym zrezygnowała z prezentowania swojej ramówki, szybko wycofała się z nietrafionego pomysłu. Obecnie nikt nie może sobie pozwolić (ani kanał telewizyjny ani krytyk), by kwestionowano jego pozycję w telewizyjnym świecie z powodu nieobecności na wydarzeniu, na które wszyscy czekają przez wiele miesięcy.

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

24 kwietnia 2008

TVN Siedem, już się przegryzła?

Zasłyszane na mieście. W mijającym tygodniu, średni wynik oglądalności kanału TVN Siedem był większy od głównego konkurenta TV 4. Kanał należący do koncernu ITI nie mógł się pochwalić zwycięstwem od lutego tego roku, kiedy TV 4 wystartowało z vipowską edycją Big Brothera. Czy TVN Siedem dzięki nowej ramówce i równie świeżemu kierownictwu udało się skutecznie określić kanałową tożsamość?

Od sztandarowych premier nowej TVN Siedem minęło dopiero trzy tygodnie, jednak już można zaobserwować kilka interesujących zjawisk. Po pierwsze, jedynym nowym serialem, który znalazł się w TOP 15 stacji jest "Gossip Girl - Plotkara", która reklamowana była z dużo mniejszym natężeniem (przynajmniej w telewizji) niż następujący po niej "Chuck". Na stronę plusów zaliczyć trzeba fakt, iż oglądalność perypetii młodzieży z Nowego Jorku konsekwentnie rośnie i przewyższa średnią odcinkową oglądalność finałowego sezonu "Gilmore Girls - Kochane Kłopoty" - poprzedniej flagowej pozycji Siódemki.

Niestety, cieniem na nowej ramówce kładzie się to, iż nadal powtórki "Przyjaciół" czy "Dwóch i Pół" zbierają więcej widzów, niż te same odcinki nadawane premierowo. TVN Siedem mogło również zawieść się na "30 Rock - Rockeffeler Plaza 30", który to serial nie potrafi utrzymać poziomu oglądalność z poprzedzających "Two & a Half Man". Być może inteligencka produkcja z Baldwinem nie do końca pasuje do przaśnego Seana? Czy zaplanowana w miejsce "30 Rock" kolejna emisja "Joeya" poradzi sobie lepiej?

Nie najgorzej natomiast radzą sobie nowe filmy, które serwuje stacja "Jak stracić chłopaka w 10 dni", czy "Mumia powraca" - mimo, iż nie są jakościowymi apaszkami od Hermesa, to jednak okazują się koniem pociągowym stacji zbierając średnio po pół miliona widzów.

Ogólnie nowa pani prezes zrobiła krok w dobrym kierunku odcinając stację od modelu powtórkowego, to co Polsat skutecznie zrobił z powiązaną kapitałowo TV 4. Najważniejsze teraz jest, by szefostwo "Siódemki" wykazało cierpliwość i nie zmarnowało potencjału "Plotkary", czy pasm filmowych. Przecież wszyscy wiemy, że każda sałatka z nowalijek musi trochę się przegryźć zanim nabierze idealnego aromatu.

Etykiety: , , ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

21 stycznia 2008

Strajk scenarzystów dla opornych.

Strajk scenarzystów zmienia na naszych oczach obraz północnoamerykańskiego telewizyjnego świata. I chociaż my, oglądając telewizję w Polsce, nie zawracamy obecnie sobie zbytnio tym głowy, to za pół roku na pewno wielu z nas będzie domagało się nowych odcinków "Lost - Zagubionych", czy "Grey's Anathomy - Chirurgów". Zajrzymy do programu telewizyjnego a tam nic. Ani w pospolitych TVP 1 czy TVN, ani w kablówkach, ani nawet na platformach cyfrowych. Pójdziemy do wypożyczalni po box DVD i co? Znowu rozczarowanie. Najwytrwalsi zaczną przeglądać zagraniczne Amazony i niestety również odejdą od monitora z kwitkiem. Czemu? Przez strajk scenarzystów.

Najwyższy czas na krótkie zagłębienie się w ten na pozór prosty spór. Strony są zasadniczo dwie WGA, czyli związek scenarzystów amerykańskich, zrzeszający jak sama nazwa wskazuje osoby zawodowo piszące scenariusze do widowisk telewizyjnych (nie tylko seriali), radiowych jak również filmów. Z drugiej strony barykady mamy kolejny mroczny skrót, według scenarzystów źródło wszelkiego zła, czyli AMPTP - stowarzyszenie producentów filmowych i telewizyjnych. Twór ten skupia między innymi firmy produkujące seriale dla wszystkich amerykańskich kanałów telewizyjnych.

Skoro przyjrzeliśmy się wojującym, trzeba zadać sobie pytanie o co toczą bój? Wiadomo, o pieniądze. Co trzy lata WGA negocjuje z AMPTP minimalne kontrakty dla swoich członków. Jak wspomniałem, są to najniższe stawki jakie producenci muszą płacić scenarzystom. Oczywiście najbardziej rozchwytywani twórcy mogą negocjować umowy indywidualne. których warunki są o niebo lepsze, niż tych podpisywanych ze zwykłymi śmiertelnikami (płace negocjowane przez WGA oscylowały w wysokości 50 tysięcy dolarów rocznie, co na warunki amerykańskie nie jest kwotą wygórowaną). Ogniskiem sporu są nowe formy sprzedaży jak DVD, czy Internet, dochód z których prawie w całości szedł do rąk producentów z AMPTP ani myślących by się dzielić z nim ze scenarzystami.

Obecny strajk trwa blisko trzy miesiące. W tym czasie ustały prace nad scenariuszami seriali, czy widowisk telewizyjnych (dlatego tegoroczna gala wręczenia Złotych Globów została okrojona do przeczytania werdyktu). Czemu w takim razie producenci nie zatrudnią kogoś z zewnątrz, by zajął się ich serialami? Odpowiedź jest prosta - po pierwsze WGA jest monopolistą - w zasadzie nie ma scenarzysty, który nie należałby do związku. Również młodzi ludzie, studenci, aspirujący do miana scenarzystów, nie podejmą się takiej pracy, gdyż wiedzą, że w przyszłości - chcąc zadbać o swój status - będą musieli do WGA kandydować, a będąc łamistrajkami mają na to marne szanse. Niedoświadczonym brak również oszlifowania, co w 1988 (największy do tej pory strajk scenarzystów) zaowocowało koszmarnym spadkiem jakości "Mody na Sukces" - czy to możliwe?  Po czwarte, strajkujący pomysłodawcy seriali nadal mają do nich prawa autorskie i stacje mogłyby być zmuszone do płacenia im wysokich odszkodowań za ich naruszenie.

Skutki krótkoterminowe tego wciąż krótkiego strajki (poprzedni trwał 22 tygodnie) są już widoczne. Większość produkcji zza wielkiej wody ma nakręconych tylko połowę z planowanych na ten sezon odcinków, gdyż brak scenariuszy do następnych. Ramówki największych stacji telewizyjnych zapełniły się powtórkami i programami typu reality, a te nieliczne seriale (jak np. "Men in Trees - Uwaga Faceci", czy "Jericho), które z jakiegoś powodu dysponują zapasem "świeżych" epizodów zaczęły być hołubione przez nadawców.
Niestety przedłużający się strajk już wpłynął na przyszłojesienny sezon telewizyjny. Rok temu o tej porze w najlepsze trwał sezon pilotowy, czyli zamawianie scenariuszy nowych seriali i decydowanie, które z nich są na tyle dobre, by trafić do nowych ramówek. Strajk może spowodować to, że stacje nie zdążą do maja przedstawić reklamodawcom nowych programów, co odetnie nadawców od niezbędnych pieniędzy a jesień w Ameryce może wyglądać zupełnie inaczej niż przez ostatnie pół wieku.

Oznaką przygotowywania się stacji do ograniczenia kosztów, co ma uczynić odpływ pieniędzy od reklamodawców mniej dotkliwym, są cięcia budżetowe. Kanał NBC rozważa rezygnację z corocznego majowego widowiska połączonego z wystawnym przyjęciem z udziałem gwiazd, podczas którego "sprzedaje się" nową ramówkę reklamodawcom. To ewenement w najnowszej historii amerykańskiej telewizji. Krążą również coraz mniej "plotkarskie" doniesienia o rozwiązywaniu kontraktów producenckich, gdyż ekipy nic nie robią, czekając na nowe scenariusze.

Co w takim razie nas czeka (i amerykańską telewizję oczywiście!)? Po poprzednim wielkim strajku na ogromnej popularności zyskały  kanały kablowe, a wielkie stacje nigdy nie powróciły do dawnej świetności. Zmiany i tym razem są nieuniknione. Czy czeka nas całkowity prymat programów typu reality, czy może kanały amerykańskie pójdą śladem europejczyków, zamawiając krótsze serie epizodów? O tym przekonamy się dopiero jesienią. A jakość zmian każdy z nas będzie musiał ocenić sam.

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

21 listopada 2007

Reality może również być quality

Czego boją się przeciętni Amerykanie w związku ze strajkiem scenarzystów? Spodziewam się, że niczego konkretnego, gdyż wiedzą, że to telewizje muszą walczyć o widzów, a nie widzowie o telewizję. Już władze stacji zaopiekują się oglądalnością. A czego boją się Amerykanie orientujący się w tym co dzieje się za kineskopem srebrnego ekranu (w zasadzie, to w dobie płaskich telewizorów, z powodu braku miejsca można by było przypuszczać, że dzieje się niewiele)? Tego, iż opiekuńcze kanały zapełnią swe ramówki nowościami reality z braku produkcji fabularnych.

Czy to na prawdę będzie taki zły krok? Czy telewizja, jak to prorokują ci od puszek Pandory, zejdzie na psy? Ja wierzę, pomimo paru zgniłych przykładów reality tv, że ten gatunek może jednak być Papajowym szpinakiem. O ile dobrze zaserwowany.

Skąd we mnie taki optymizm? A wystarczy spojrzeć na kolejny (jeszcze świeży - premiera w zeszłym tygodniu) sezon "Project Runway" (swego czasu TV 4 nadawała pierwszą serię), gdzie pod czujnym okiem słodkiej Heidi Klum wyszukiwane są nowe talenty designerskie. Nie ważne czy masz lat 18, czy 40, czy jesteś anorektycznym gejem, czy pulchną wredną babą, o ile masz talent wygrasz wymarzoną posadę (niezależnie od aparycji - co przeczy stereotypom reality serwowanych w Polsce). A najcudniejsze w tym wszystkim jest, że ten program może dużo łatwiej odnajdywać się na nowo, odświeżając formułę, niż np. "Desperate Housewives - Gotowe na Wszystko" - które mocno przecierpiały swój kreatywny zastój.

Kolejną pozycją w ramówce, którą niezwykle sobie cenię, jest "Beauty & The Geek - Piękna i Geniusz" (również TV 4), czyli konkurs w którym stereotypowe, raczej niezbyt lotne intelektualnie panie (a ostatnio również pan) z okładek pism o modzie, łączone są w pary z typowymi nieudacznikami o pięknych umysłach, by w parach walczyć o nagrodę. Audycja ta pokazuje, że da się stworzyć program igrający błyskotliwie ze stereotypami, bez zatrudniania infantylnej Paris Hilton.

Nie wspomnę o innych uzależniających reality jak "You Think You Can Dance? - Po Prostu Tańcz", czy mająca swój nasty sezon "Survivor - Wyprawa Robinson" , które dostarczają widzom rozrywki na poziomie, ponieważ rzucę teraz pewnym morałem, który odnosi się również do telewizji typu reality - szufladkując robimy krzywdę. Przekonałem się o tym oglądając swego czasu "Kamienicę", za którą wciąż tęsknię.


Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

03 maja 2007

I've been Gilmored.



M
oje wieczorne surfowanie po internecie rozpocząłem jak zwykle od kolumny Michael'a Ausiello, z najświeższymi ploteczkami odnośnie telewizyjnego światka w Ameryce. Jednak na to, iż przeczytam, że 15 maja będziemy musieli się oficjalnie pożegnać z najzabawniejszym telewizyjnym duetem XXI wieku, nie byłem przygotowany. Może to i lepiej, bo kto jak kto, ale akurat ja na pożegnanie z "Gilmore Girls - Kochane Kłopoty", i tak nie mógłbym się przygotować.

I chociaż właściwie pożegnanie odbędzie w się w trakcie oglądania ostatniego odcinka (to już ponad 150 epizodów za nami!), to aż chciałoby się napisać kilka słów o serialu, dzięki któremu rozpoczęła się moja fascynacja telewizją. A wszystko zaczęło się od sceny z dwoma grubaskami. A właściwie od sceny z dwoma Gilmore'kami komentującymi dwie grubaski. I tak się wciągnąłem, pomimo beznadziejnego polskiego tłumaczenia. Dopiero potem przyszła kolej na "Felicity", czy "Everwood". Dziękuję wam Amy i Daniel za stworzenie tej błyskotki, a Lauren i Alexis za nadanie jej blasku.

No dobrze, koniec z tym tanim sentymentalizmem. Jeśli chcecie pożegnać się z Lauren, Alexis, Kelly, Edwardem czy Scottem, zróbcie to co każdy szanujący się Fan Gilmore Girls zrobić powinien. Zamówcie pizzę z wszystkimi dodatkami, przygotujcie popcorn, żelki, pianki, rozsiądźcie się na kanapie i zobaczcie jak dokona się to, na co wszyscy czekaliśmy - Rory kończy studia!

I've been Gilmored.

Etykiety: , ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

03 lutego 2007

Koniec z zaściankowością?



D
zisiaj jest wielki dzień dla polskiej telewizji. Mianowicie, ja krytyk jej naczelny, ośmielam się twierdzić, że powoli w niepamięć odchodzą już czasy, gdy latami musieliśmy czekać na serial telewizyjny, który od dawna podbijał serca widzów od Hawajów po Arabię Saudyjską ( przykładami mogą być "Star Trek: The Next Generation", czy ostatnie sezony "The X Files"). I chociaż wstęp zabrzmiał ironicznie i patetycznie, to nie można nie docenić starań rodzimych nadawców.

Pierwsze przecierać szlaki zaczęły kanały TVN. Rozrywkowa TVN Siedem zakończyła nadawanie 5 sezonu "Gilmore Girls - Kochanych Kłopotów" w pół roku po matczynym kanale The WB. Mniej odważny był Polsat, który w rok później zakończył emisję "Desperate Housewives - Gotowych na Wszystko" w miesiąc po emisji ostatnich odcinków w USA. Serial co prawda był "bezpieczniejszy", gdyż odniósł niespodziewanych sukces za oceanem i było o nim głośno, ale był to precedens w polskiej telewizji.

Obecny sezon telewizyjny jest również pełen niespodzianek. Na początek AXN w ciemno w zasadzie zamówiło pierwsze 13 odcinków "Jericho", które szybko stało się produkcją wokół której kanał zaczął budować swój wizerunek. Niedawno TVN Style ogłosiło, że do jego ramówki trafi jesienny debiutant "Men in Trees - Uwaga Faceci" będący połączeniem "Przystanku Alaska" z "Seksem w Wielkim Mieście". I chociaż stacja reklamuje produkcję jako zagraniczny hit, to oglądalność emitowanych w USA odcinków jest co najwyżej zadowalająca. Niedawno pojawiły się również pogłoski, że FOX Life w maju uraczy nas tym razem prawdziwym hitem zza oceanu - "Ugly Betty" produkowaną przez Salmę Hayek komedię recenzowaną już na łamach PolishTVSucks.

I chociaż, jak już wspomniałem, nie można nie doceniać starań nadawców, szkoda, że są to głównie kanały trudno dostępne dla przeciętnego widza, który nie posiada telewizji cyfrowej, czy najdroższego pakietu kablówki. Ale na dzień dzisiejszy jestem optymistą i może w jutrzejszym subiektywnym przeglądzie tygodnia napiszę o polskiej premierze "Heroes" w TVP 1, albo chociaż "Brothers & Sisters" z Calistą na TVN.

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

20 grudnia 2006

The Very Last Magda M. Ever?!

Chyba niestety już wszyscy znamy odpowiedź i jest ona przecząca. Królowa grochów powróci na nasze erkany na conajmniej kolejne dziesięć odcinków i nie wiadomo, czy orszak błaznów będzie nadal tak samo liczny jak do tej pory (jeden z "wiodących" aktorów nie jest przekonany co do pomysłu stacji i scenarzystów).

Zachowanie władz TVN ukazało w Polsce coś, co w Stanach Zjednoczonych już od kilku lat wywyołuje liczne kontrowersje. Mianowicie chodzi mi o poszanowanie dla widza. Jeżeli ogłasza się koniec serialu, to się go kończy i już.Jeżeli zamawia się nową produkcję to emituje się wszystkie wyprodukowane odcinki, aby choć trocję zbliżyć widownię do konkluzji fabuły. Wtedy widz nie jest rozczarowany bądź zawiedziony postępowaniem stacji.

Niektórzy mogą podnieść argument, że telewizja to biznes i skoro widownia w ciągu roku zwiększyła się o jedną czwartą to głupotą by było zabijanie kury, która znosi złote jajka.Na pierwszy rzut oka ten arugment wydaje się racjonalny, ale trzeba wziąć pod uwagę kilka wydawałoby się nic nie znaczących aspektów takiego zachowania.

Po pierwsze, widmo zbliżającego się "wielkiego końca" nakręca popularność serialu i wiele osób ogląda kilka ostanich odcinków tylko po to, by poznać zakończenie. Mało prawdopodone jest, że zatrzymają się przy "Magdzie M." na kolejne 10 ocinków. Moją teorię potwierdza przykład właśnie z rynku zza-atlantyckiego. Wyświetlany również w u nas serial "7th Heaven" po dziesięciu latach emisji miał mieć wielki finał a odliczanie trwało pół roku. Finałowy odcinek obejrzało 8 milionów widzów i władze kanału postanowiły o przełużeniu serii o kolejny sezon. Efekt? Widownia spadła o połowę, do skromnych (bardzo skromnych jak na warunki amerykańskie) 4 milionów.

Taki efekt ma również kontynuowanie serii bez jednej z głównych postaci w obsadzie, co najprawdopodobniej będzie miało miescje jeśli Paweł Małaszyński nie przedłuży kontraktu. I co wtedy? Wtedy pozostanie nam tylko odplamiacz, by wywabić te grochy z żałobnej czernii związanej z upadkiem "Magdy M."

Etykiety:

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

17 września 2006

Farewell WB


Dzisiaj w nocy czasu polskiego oficjalnie zakończy nadawanie amerykański kanał The WB, powstały w 1995 roku. Skoro to stacja aż zaatlantycka to czemu o niej piszę na bądź, co bądź Polish TV Sucks? Właśnie dlatego, że pomimo krótkiego żywota wiele z programów nadawanych przez "żabę" (taką maskotkę w początkach swojego nadawania miał ten kanał) zaistniało również w polskiej telewizji np: "Angel", "Kochane Kłopoty"/"Gilmore Girls", czy "Smallville". Ponadto, zniknięcie z rynku kanału telewizyjnego (nie mówię tutaj o nadawcach kablowych, ale ogólnokrajowych) w Stanach Zjednoczonych nie zdażyło się od lat 50tych ubiegłego wieku.

Nowopowstała stacja miała trudne początki kierując swoje wysiłki marketingowe w stronę młodego widza. Przełom przyniósł zaprezentowany w 1996 roku serial "7th Heaven"/"Siódme niebo" nadawany również w Polsce przez TVP 1. Seria opowiadająca historię wielodzietnej rodziny pastora, pomimo iż nie najwyższych lotów i nieprzychylnie oceniana przez krytykę, do końca istnienia stacji stała się jej sztandarowym serialem pozwalającym wypromować markę.

Punktem zwrotnym w historii The WB okazało się postawienie na seriale, których siłą były wyraziste charaktery kobiece. Tak światło dzienne ujrzały kultowa w USA "Buffy - postrach wampirów", "Felicity", czy "Gilmore Girls". Wszystkie nadawane również w Polsce. Ten okres w historii kanału nazywa się złotą erą The WB. Poza produkcjami skierowanymi do żeńskiej części widowni można wyróżnić jeszcze "Dawson's Creek" (w Polsce "Jezioro marzeń"), który to serial na nowo zdefiniował gatunek seriali młodzieżowych odchodząc do stereotypowej infantylności i płycizny intelektualnej "Beverly Hills 90210". W 2001 roku pojawiło się "Smallville", czyli niezwykle popularna historia o lasach młodego Supermana.

Koniec złotej ery kanału przypada na 2002, kiedy to zaprezentowano ostatni godny uwagi serial, komplementowany przez krytyków i popularny wśród widzów, do tej pory nie  wyświetlany w Polsce "Everwood". Od tej pory władze stacji miotały się ze skrajności w skrajność próbując wylansować nowy hit. Tak powstały kontrowersyjny "The Bedford Diaries", nie pasujący do wizeruku stacji serial prawniczy "Just Legal", czy ostro krytykowany przez znawców rynku telewizyjnego "Related". Wszystkie okazały się klęskami z punktu widzenia marketingu jak i kreatywnego podejścia do telewizji.

Władze stacji postanowiły pożegnać się w godnym uwagi stylu, wyświetlając w ostatnią noc nadawania pilotażowe odcinki produkcji, które w pozytywny sposób wpłynęły na jej wizerunek i zdobyły popularność wśród fanów. Widzowie w USA zobaczą ponownie: "Felicity", "Buffy", "Angel" oraz "Dawson's Creek". Pozazdrościć takiego podejścia do historii. Jak w Polsce znikałz anteny RTL 7 na rzecz TVN 7, nikt nie pomyślał o takim "zagaszeniu świateł".



Etykiety: , ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

05 sierpnia 2006

Gimme a F(elicity)!


Pamiętam jak parę lat temu widziałem reklamówki serialu o bujnowłosej studentce imieniem Felicity. Pomyślałem sobie, że to zapewne musi być jakaś rzewna beznadzieja, kicz. Odtrąbiony w Polsce amerykańskim hitem, a tak na prawdę będący wyplutym odrzutkiem tamtejszego przemysłu telewizyjnego.

Zdanie zmieniłem zupełnie przypadkowo w ubiegłoroczne wakacje. Skacząc po kanałach zobaczyłem znajomą buzię. Jak się okazało, następnego dnia (odcinek oglądany od połowy wciągnął mnie tak bardzo, że włączyłem telewizor następnego dnia), była to właśnie Keri Russel grająca tytułową bohaterkę w znienawidzonej-bez-oglądania "Felicity".

Pierwsze co mnie urzekło, to właśnie gra Keri. Była naturalna, lekka jakby po prostu przyszła na plan i była sobą. Następnie odkryłem szepty. Bardzo wiele scen było kręconych w półmroku, gdzie widać było tylko twarze aktorów, nierzadko tylko ich profil. Mówili cicho, nieśpiesznie. To wszystko tworzyło atmosferę uczestnictwa widza w życiu bohaterów.

Wtedy, kiedy po raz pierwszy raz oglądałem ostatnie półtora sezonu, odebrałem serial jako  dość zabawną opowieść o perypetiach miłosnych głównej bohaterki. Bardziej skupiałem się na wianuszku dość ekscentrycznych przyjaciół (np. moja faworytka Meghan), niż na miłosnym trójkącie, bo akurat to mnie nie fascynowało. Teraz, kiedy dano mi kolejną szansę na obejrzenie przygód Felicity, będąc już po pierwszym roku studiów, odkryłem jak bardzo realistycznie oddano życie studenckie. Nie chodzi tylko o przygody miłosne w ubikacji, ale o problemy w raz ze zbliżanie się ostatniego roku studiów, czy znalezieniem środków na życie.

I zapewne, niektórym może się to wydać śmieszne, ale ja czekam 2 razy w tygodniu na godzinę 24, by móc zobaczyć, kórego z nich wybierze Bena, czy Noela. Ta wyważona, realistyczna opowiastka o naiwnej, poczciwej dziewczynie daje na prawdę wiele przyjemności z oglądania. A przecież o to w telewizji chodzi.

Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

28 czerwca 2006

Fenomen Kochanych Kłopotów


Wielokrotnie boleśnie spadałem na ziemię, gdy polska telewizja objawiała swoją, czasem nawet niezbyt skrzętnie ukrywaną, pogardę dla Widza. Tak, chodzi mi o Widza przez duże "W", który ogląda szklany ekran rozważnie. Świadomie wybiera to, z czym chce się w ramówce zapoznać, a jak przypadnie mu coś do gustu, zamierza obejrzeć to do końca. Nie będę się rozwodził nad tym, jak przeróżne stacje telewizyjne (komercyjne i publiczne) potraktowały fanów serii Star Trek, czy Cold Case kupując po 1 (daj Boże 2) sezony, a nierzadko emitując tylko kilka odcinków.

In plus z tej polityki wyłamuje się serial "Gilmore Girls/Kochane Kłopoty". Chociaż wszystko wskazywało na to, że podzieli los np. "Felicity". Serial na polskich ekranach debiutował na kanale TVN, z nieznanych jednak przyczyn, jego emisję przeniesino na siostrzany, "miejski" TVN Siedem. Co mogło spotkać, w zasadzie z założenia niszowy program na równie niszowym kanale? Śmierć naturalna? Otóż, najwraźniej ktoś rozsądny we władzach stacji, stwierdził, że pieniądze i tak są wydane, więc należy zrobić wszystko by się zwróciły.

Początkowo kanał dzień w dzień emitował znane już odcinki pierwszych 3 sezonów produkcji, by oswoić z nią widzów. A następnie, tak Drodzy Czytelnicy, konsekwentnie kupował nowe sezony (do tej pory czwarty i piąty) rozdzielając ich emisję powtórkami. O sukcesie inwestycji w serię świadczy fakt, że dystrybutor serialu w tym roku rozpoczął wypuszczanie na rynek boxów DVD z odcinkami, które masowo okupują listy najlepiej sprzedających się produktów na tym nośniku. "Lost", którym tak chwaliła się TVP, do tej pory nie doczekał się edycji DVD.

C óż jest innego w Gilmore Girls, że potrafił, pomimo marnego tłumaczenia, i braku promocji w innych miediach - poza rodzimym kanałem ("Desperate Hosuewives" były np. reklamowane w Radiu Zet? Zapewne polscy widzowie doceniają w nim to samo, co widownia w USA: szybkie dialogi, niespodziewane puenty i profesjonalne (w przypadku Alexis Bledel naturalne) aktorstwo.

P rzykład "Kochanych Kłopotów" jest niestety tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. W historii polskiej telewizji zmarnowano już kilka szans na wypromowanie serialu, który nie tylko dodałby prestiżu wyświetlającej go stacji, ale przyniósł również dochody inestorom.

N a odcinki 3 serii fenomenalnego (nie tylko ze względów technicznych) serialu, zapraszam do TVN Siedem, w każdy dzień powszedni.


Etykiety: ,

AddThis Social Bookmark Button AddThis Feed Button

Wpisz adres e-mail aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach:

Delivered by FeedBurner